Szczerze? Nie wiem od czego zacząć, to był jeden z lepszych wypadów w moim życiu, choć trwał nieco ponad 24h. Trochę mało, ale wystarczająco żeby zobaczyć dwie najważniejsze atrakcje w Belgradzie: mecz derbowy i Restoran Paun – knajpę rekomendowaną przez Kartofliska! Plany miałam ambitne i chciałam zobaczyć kilka obiektów sportowych, ale zaraz po meczu stwierdziłam, że na pewno tu wkrótce wrócę i wtedy na spokojnie sobie wszystko pozwiedzam.
Dlaczego derby Belgradu?
Dla tych, którzy orientują się choć trochę w tematyce kibicowskiej odpowiedź jest pewnie dość oczywista, jednak postaram się wyjaśnić fenomen tego meczu pozostałym. Spotkania dwóch belgradzkich drużyn czyli Partizana z Crveną Zvezdą zawsze cieszą się ogromnym zainteresowaniem wśród kibiców i to nie tylko tych z Serbii, ale z całej Europy. Wszystko dlatego, że mecz ten od lat wiążę się z skrajnymi emocjami panującymi w ten dzień w mieście, a samo widowisko za sprawą kibiców nabiera genialnej otoczki – niespotykanej już prawie w pozostałych częściach Europy. Myślę, że to klimat, którego na naszych stadionach już nigdy nie doświadczymy, a za którym wielu z nas wciąż tęskni. Same derby nazwane są Wiecznymi Derbami Belgradu (Veciti derbi), a te tegoroczne były już 150. spotkaniem tych drużyn – jak widać to niezły kawałek historii, a atmosfera wokół tego meczu wciąż ta sama 🙂
Walka z czasem
Bilety lotnicze kupiłam dużo wcześniej, kiedy jeszcze dokładna godzina rozpoczęcia meczu nie była znana. Dopiero dwa tygodnie przed derbami została podana oficjalna informacja i tym samym wiedziałam, że mam niecałą godzinę, aby z lotniska dotrzeć na stadion. Z jednej strony było to mega mało czasu, a z drugiej godzina 17.00 zdecydowanie mnie ratowała, bo wiedziałam, że jeśli z lotem będzie wszystko dobrze, a na lotnisku szybko złapię taksówkę, uda mi się dotrzeć na mecz. I się udało! Bilety miałam na szczęście kupione dużo wcześniej dzięki Serbowi, z którym wybrałam się na to spotkanie (hvala Vlada!), więc jak tylko wysiadłam z taksówki od razu skierowaliśmy się w stronę stadionu Partizana.

150. Veciti derbi
Podczas jazdy taksówką w kierunku stadionu dało się odczuć, że nie jest to zwykły mecz. Na ulicach krążyły grupy kibiców, ale też patrole uzbrojonej policji. Do tego co jakiś czas na horyzoncie pojawiał się krążący helikopter, który obserwował rozwój sytuacji w okolicy. Po wejściu na stadion można było zobaczyć inne służby, oprócz jednostek policyjnych, była również straż i wojsko. A ja miałam tę „przyjemność” spędzić cały mecz tuż przy jednym z policjantów – bo byli też na trybunach.

Co do samego stadionu – wiadomo nic nadzwyczajnego pod względem architektonicznym, ale coś zupełnie genialnego pod względem klimatu. Miejscówek na stadionie teoretycznie było 32 tysiące, ale odnoszę wrażenie, że sprzedano odrobinę większą liczbę biletów. Oczywiście nikt nie pilnuje tam, czy zajęło się właściwe miejsce w sektorze (co ciekawe u nas w Polsce możemy dostać za siedzenie na nie swoim miejscu zakaz stadionowy). Zresztą o jakim ja siedzeniu piszę 🙂
Standardowo na trybunach odpalano race, które następnie regularnie rzucane były w stronę murawy. W przypadku kiedy na boisku pojawiał się gęsty dym po odpalonych środkach pirotechnicznych sędzia musiał przerywać mecz, ale jakoś nikt z tym nie miał problemów – ani kibice, ani piłkarze, ani służby porządkowe. Po prostu czekało się aż dym nie będzie przeszkadzał i wracano do gry. Coś zupełnie normalnego i oczywistego. Oczywiście oprócz pirotechniki można było podziwiać różny asortyment kibicowski, przede wszystkim flagi i „machajki”, a dopełnieniem tego był głośny doping przez cały mecz (nie przesadzam!). Było widać, że gra toczy się nie tylko na boisku, ale także na trybunach pomiędzy kibicami Crvena Zvezda czyli „Delije” (Bohaterowie), a kibicami Partizana „Grobari” (Grabarze).
Oczywiście jeśli chodzi o sam mecz to za wiele nie mogę Wam opowiedzieć. Rozglądałam się ciągle na przeciwległe sektory, raz na kibiców Patrizana raz na kibiców Czerwonej Gwiazdy, a boisko za bardzo mnie nie interesowało – za dużo działo się na trybunach żeby zwracać uwagę na piłkę. Crvena Zvezda rozpoczęła swój mecz od straty bramki na 1:0, ale ostatecznie doprowadziła do zwycięstwa, kończąc spotkanie wynikiem 1:2, co jeszcze bardziej umocniło ten klub na pozycji lidera w serbskiej Superlidze. Dla lokalnych kibiców i tak pewnie ważniejszy od przesądzonego mistrzostwa kraju był mecz derbowy z Partizanem.
Co jeszcze udało się zobaczyć?
W drodze powrotnej z meczu mijaliśmy słynną Marakanę, na której gra Crvena Zvezda, więc coś tam udało się zobaczyć z tego stadionu. Ogólnie w całym mieście widać było zdecydowanie komunistyczna architekturę, ale kto czytał moje wspomnienia i relacje z Ukrainy ten wie, że lubię takie klimaty, a te bałkańskie chyba jeszcze bardziej przypadły mi do gustu. Atmosferę taką dało się też odczuć w Restoran Paun, do której trafiłam dzięki polskim groundhopperom. Serbska, patriotyczna muzyka na żywo, dobre, tanie piwo i doborowe towarzystwo – czego chcieć więcej od życia? 🙂
Odwiedzić Belgrad i przeżyć te derby musi każdy – polecam Zuza Walczak 🙂
PS. 1. Niestety nie było czasu na robienie fotek piwa w Serbii (nadrobię to następnym razem). Wrzucam skromnego heinekena z samolotu 🙂
PS. 2. Łapcie trochę belgradzkiego klimatu:





