W końcu jest! Nasza kochana Ekstraklasa! I mój powrót po bardzo długiej przerwie na mecz Śląska. Ostatnie spotkanie na jakim byłam było zarazem pierwszym meczem na nowym stadionie (Śląsk Wrocław – Lechia Gdańsk 28.10.2011). Jak widać nowa arena skutecznie odstraszyła mnie na kilka lat od oglądania na żywo piłki we Wrocławiu. Dlaczego jednak wróciłam?
Miłość od pierwszego meczu?
Kto mnie choć trochę zna, wie że z sympatiami kibicowskimi najbliżej mi do Śląska Wrocław. Niestety nie mam tej przyjemności jak pewnie wielu z Was, aby móc dopingować swoją lokalną drużynę, która ma długie i piękne tradycje sportowe i kibicowskie. Pochodzę z małej miejscowości na Opolszczyźnie, gdzie piłka nie była nigdy (a przynajmniej za moich czasów) na wyższym poziomie rozgrywkowym niż klasa „A”. Co prawda jako nastolatka bywałam sporadycznie na meczach Odry Opole (!), ale jakoś nigdy się do tego klubu w pełni nie przekonałam. W przeciwieństwie do Śląska Wrocław – gdzie na pierwszym meczu od razu wiedziałam, że to to. Tylko mam teraz duży problem żeby określić, czy chodziło mi wtedy o klub czy o atmosferę na stadionie przy Oporowskiej?

Nowy stadion to jednak nie to samo
Dlaczego mam wątpliwość czy chodziło mi wtedy o klub? W momencie, kiedy przestałam jeździć na mecze Śląska jakoś szczególnie tego nie analizowałam. Teraz z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że spodobał mi się przede wszystkim klimat tego miejsca. Zdaję sobie doskonale sprawę, że kibice z Wrocławia nie są najlepszą ekipą w kraju, ale wtedy podczas pierwszego meczu to było dla mnie to „coś”. Do tego dochodził oldschool’owy stadion, a wszystko to miało swój niepowtarzalny urok.
Niestety takiego starego klimatu nie da się odtworzyć na nowym wrocławskim stadionie i pewnie tego zabrakło mi na pierwszy meczu na nowym obiekcie. Trochę to dziwne, bo jak zwiedzam inne stadiony, które przeszły modernizacje, jestem w stanie doceniać to ich nowe piękno, funkcjonalność, a nawet nową, odrobinę inna atmosferę. W przypadku Śląska Wrocław nowy stadion był dla mnie czymś zupełnie nie do przyjęcia. Choć było to coś pozornie fajnego – stadion zaczął spełniać wszystkie europejskie standardy, to jednak stracił dawnego ducha, który pozostał przy Oporowskiej.
Pogodzenie się ze stratą
Po tych kilku latach przerwy stwierdziłam, że pora jednak wrócić na stadion Śląska, nawet na ten nowy. Jest już za późno żeby zmienić cokolwiek i chyba pozostaje się pogodzić z tym co mamy i cieszyć się, że w pobliżu można wybrać się na mecz piłkarski na ekstraklasowym poziomie (specjalnie nie napisałam: „na wysokim poziomie”:)).
W
ybrałam się nie bez przyczyny akurat na mecz z Wisłą Kraków (12.02.2016). Przede wszystkim bardzo przepadam za meczami przyjaźni. Fajnie jest widzieć na ulicach Wrocławia pełno aut z rejestracjami miast z których pochodzą zaprzyjaźnione kluby, no i przede wszystkim dobrze znowu widzieć choć trochę bardziej zapełniony stadion, słyszeć głośniejszy, bardziej zaangażowany doping.
Dzięki temu, że rywalem w spotkaniu była Wisła Kraków, na stadionie pojawił się również inny powód, dla którego kibice w końcu liczniej pojawili się na trybunach. Był nim Tadeusz Pawłowski, do niedawna szkoleniowiec Śląska Wrocław. Ze względu na olbrzymią sympatię jaką kibice darzą poprzedniego trenera, a zarazem legendę wrocławskiego klubu, zdecydowali się poświęcić mu swoją oprawę. Myślę, że był to naprawdę wspaniały gest.
Te i jeszcze kilka innych powodów sprawiło, że na stadionie pojawiła się spora (jak na mecze Śląska) grupa kibiców, a klubowi w końcu udało się pobić rekord frekwencji w tym sezonie (13 916 widzów). Mecz ostatecznie zakończył się skromnym, ale ważnym zwycięstwem dla WKS-u. A mi pozostaje mieć tylko nadzieję, że w przyszłym sezonie nie będę musiała tu wracać na pierwszą ligę, a następnym mecz na jakim się zjawię, zanotuje co najmniej porównywalną frekwencję.
PS. 1. Już dawno nie jechałam na mecz tramwajem pełnym kibiców – dzięki nim miałam okazję przypomnieć sobie wszystkie przyśpiewki 😀
PS. 2. Udało mi się chociaż tyle uchwycić:












