Zawsze staram się patrzeć na piłkę trochę szerzej. Nie tylko przez pryzmat wyników sportowych, ale i pozytywnego klimatu panującego wokół drużyny, relacji między włodarzami, a kibicami i samej atmosfery miasta, do którego miłość często przenika się z miłością do ukochanego klubu. Taką tożsamość nie tworzy się w kilka lat i nawet najskuteczniejsze działania marketingowe nie są w stanie zbudować trwałej więzi (choć na pewno są w stanie ją wzmocnić). I mimo, że moje sympatie kibicowskie są skierowane w zupełnie innym kierunku, to dziś z przyjemnością napiszę słów kilka o ekstraklasowym klubie z Warszawy, którego mecz pierwszy raz w życiu miałam okazję zobaczyć przy okazji finału Pucharu Polski.
Lądowanie w Warszawie
Przyznaję, jakoś nigdy specjalnie nie emocjonowały mnie rozgrywki w ramach Pucharu Polski (no chyba, że te na niższych szczeblach:)). Nie nastawiałam się na wyjazd na finał PP, bo bardziej żyłam zbliżającym się kilkudniowym wypadem do Belgradu. Jednak jak już kupiłam bilety lotnicze i zobaczyłam, że ląduje w Warszawie 1 maja, a na drugi dzień rozgrywany jest mecz finałowy, stwierdziłam, że w sumie to dobra opcja zobaczyć przy okazji te spotkanie. Zresztą nie ma co ukrywać, największą motywacją dla mnie było obejrzeć na żywo to, co od kilku tygodni szykowali kibice Legii i Lecha.
Niestety tak jak większość zainteresowanych finałem PP – miałam problem z zakupem biletu. Oczywiście nie zdążyłam go kupić, później co jakiś czas sprawdzałam czy są jakieś wolne miejsca i ostatecznie dałam sobie spokój. Na szczęście mam wokół siebie takich ludzi, którzy nie pozwalają mi na odpuszczenie tak dobrze zapowiadających się (zwłaszcza kibicowsko) spotkań. Bilet się znalazł, wylądował w mojej skrzynce mailowej (dzięki Damian!) i tym samym wiedziałam, że wracając z Belgradu zostanę w Warszawie chwilę dłużej.
Finał na Narodowym
W dzień meczu dopadło mnie zmęczenie spowodowane podróżą i weekendem w Belgradzie (nie bez znaczenia było też kilka piw wypitych dzień wcześniej). Na szczęście pogoda była idealna i po małym spacerze na stadion, miałam już więcej sił i nabrałam ochoty na ten mecz. Na Stadionie Narodowym miałam okazję być już kilka razy, jednak nigdy nie byłam tam na imprezie piłkarskiej, więc zawsze brakowało mi tej typowo meczowej atmosfery. Na całe szczęście nadrobiłam to 2 maja – wtedy wszędzie czuć było klimat piłkarskiego święta.

Sam mecz nie należał do tych, których można oczekiwać po finałowym pojedynku. Zresztą raczej nie powinnam się za wiele rozwodzić nad poziomem sportowym, bo to spotkanie było dla mnie jednym z tych meczów, na których na drugi plan schodzi boiskowa rywalizacja, a bardziej kręci ta kibicowska. W związku z czym meczu widziałam niewiele, a to co udało mi się zobaczyć – nie było zbyt porywającym widowiskiem i zdecydowanie nie rzucało na kolana… w przeciwieństwie do tego co działo się na trybunach. Tym bardziej, że na stadionie spotkały się dwie ekipy kibicowskie, które potrafiły ze sobą konkurować. Szczerze nie wiem czy kibice dwóch inne drużyn z Polski byliby w stanie stworzyć aż tak dobrą otoczkę wokół tego finału, jak zrobili to fani Lech i Legii.

Kluby grające w meczu finałowym otrzymały po 10 tysięcy biletów, a najbardziej zagorzali kibice Legii i Lecha zasiedli po przeciwnych stronach, za bramkami. Obecne i widoczne na stadionie były także zgody i układy obu ekip kibicowskich. Łącznie pojawiło się 48 563 osób czyli komplet widzów. Kibice obu stron zgodnie z oczekiwaniami stanęli na wysokości zadania i dali z siebie wszystko. Nawet ktoś, kto ma znikome pojęcie o oprawach kibicowskich musiał zauważyć, że przygotowanie tego co mieliśmy okazję zobaczyć wymagało sporego nakładu czasu i pieniędzy. Na trybunach było właściwie wszystko: kartoniki, race, świece dymne, flagi na kijach, baloniki, sektorówki. Zobaczcie sami:
No pyro no party
Mimo, że jestem wielką fanką pirotechniki na stadionach i w mojej opinii jest ona nieodłącznym elementem kibicowskich opraw, to zawsze rzucanie rac na boisko było dla mnie czymś niezrozumiałym. W przypadku meczu finałowego na Stadionie Narodowym widowisko jakie stworzyli kibice było naprawdę genialne, ale późniejsze zachowanie kibiców Lecha doprowadziło do tego, że końcówka stała się naprawdę nerwowa i chyba nikt nie wiedział, czy mecz uda się dograć do końca, bo race nie przestawały lądować na murawie. Miałam wrażenie, że wszyscy czekamy na końcowy gwizdek, atmosfera była napięta, a niepokój wzrastał, kiedy porządkowi wbiegali co chwilę na boisko i usuwali z niej pirotechnikę. Mi utkwił mi w pamięci moment, kiedy piłkarze klubu z Wielkopolski gestami pokazywali swoim kibicom, aby wreszcie przestali i pozwolili dograć im mecz… chyba nie o to w tym wszystkim chodzi?
Wiele osób tłumaczy to emocjami i rozczarowaniem fanów, jednak tego typu wybryki zdecydowanie nie pomagają drużynie, a już na pewno nie sprzyjają sytuacji środowiska kibicowskiego w Polsce. Zamiast pokazywać, że piro jest bezpieczne i pomaga tworzyć piękne oprawy, pokazujemy coś zupełnie odwrotnego i dajemy argument, tym, którzy najchętniej pozbyliby się większości z nas ze stadionów. Z drugiej strony jest spora część osób, która walczy z wizerunkiem kibica kreowanym w mediach, sama mam jakąś tam swoją prywatna misję, aby uświadamiać ludzi ze swojego otoczenia o tym, jak naprawdę wyglądają trybuny w Polsce. Ale jak ktoś się mnie pyta, dlaczego kibice z Lecha rzucali racami w boisko, to ciężko znaleźć cokolwiek racjonalnego na ich obronę…

Wszystko skończyło się dość bolesnymi karami dla obu klubów (zwłaszcza w wymiarze finansowym). Na szczęście po tym finałowym „pokazie pirotechnicznym” prezes PZPN-u Zbigniew Boniek zachował zdrowy rozsądek i nie dał się ponieść emocjom:
„Po pierwsze, i chcę to powiedzieć dobitnie – nie zejdę z drogi dialogu z kibicami, który od początku towarzyszy mojej kadencji. Za rok zorganizujemy finał Pucharu Polski również z oprawami. Nie zamierzam dzielić kibiców na dobrych VIP-ów i złych ultrasów… Nie będzie muru między PZPN-em, którym kieruję, a kibicami!”
Źródło: www.polsatsport.pl
Pozostaje zatem wierzyć, że faktycznie incydent z rzucanymi racami na murawę nie będą mieć większego znaczenia w kontynuowaniu dialogu z kibicami piłkarskimi w Polsce. Oby.

Dublet na 100-lecie
Warto zwrócić uwagę na to, że mecz finałowy Pucharu Polski był ostatnią szansą dla Lecha Poznań, aby zagrać w europejskich pucharach. Tym samym zwycięstwo Legii po golu Aleksandra Prijovica w 69. minucie pozbawiło klub z Wielkopolski złudzeń. Stołeczni kibice natomiast mogli świętować zdobyty po raz 18. Puchar Polski, który do góry wzniosła największa żyjąca legenda klubu czyli Lucjan Brychczy – myślę, że to był naprawdę piękny moment dla wielu warszawskich kibiców. Po odebraniu medali zawodnicy wraz ze zgromadzonymi na stadionie kibicami Wojskowych odśpiewali „Sen o Warszawie”.

Utwór ten znajdował się na mojej liście, obok m.in. You’ll Never Walk Alone, I’m forever blowing bubbles i kilku innych kawałków, które chciałabym w końcu usłyszeć na żywo w wykonaniu kibiców. Co prawda nie udało mi się to (póki co) na Stadionie Legii, ale na Stadionie Narodowym wykonanie było równie emocjonalne, zwłaszcza dzięki wygranej w meczu finałowym. Były ciarki! 🙂
Są w Polsce miasta, gdzie czuje się ten piłkarski klimat, zwłaszcza w dzień meczowy. Takim miejscem bez wątpienia jest Warszawa. I choć w naszym kraju sympatyzuję z innymi klubami, to nie ukrywam, że czerpię dużą frajdę widząc jak wiele radości przynosi piłka w naszej stolicy. Bez względu na wszystko, szacunek wobec tego klubu trzeba mieć. Legia jest jedyną drużyną piłkarską w Polsce, która po II wojnie światowej nigdy nie spadła z Ekstraklasy* i to klub, który od lat utrzymuje się na solidnym poziomie i jest ciągle w czołówce – w przeciwieństwie do reszty drużyn, które potrafią w jednym sezonie walczyć o Mistrzostwo, aby w kolejnym mieć problem z utrzymaniem w Ekstraklasie…
* Gwoli ścisłości – Termalica Bruk-Bet Nieciecza również nigdy nie spadła z Ekstraklasy, ale występuje w niej dopiero od roku, więc zbyt wielu okazji do spadku nie miała 🙂 Ale aby zachować rzetelność muszę się jednak poprawić i napisać, że Legia Warszawa jest najdłużej grającym bez przerwy zespołem w Ekstraklasie 🙂











