Długo się zastanawiałam, czy opublikować jakiś wpis o swojej wizycie na stadionie Rapidu Wiedeń czyli Gerhard-Hanappi-Stadion. Byłam tam dawno temu, bo w 2006 roku i nie mam z tego meczu właściwie żadnych zdjęć. Zdecydowałam się jednak na to z dwóch względów. Po pierwsze stadion ten został w połowie 2014 roku zburzony – ale spokojnie, na jego miejscu powstaje nowa arena 🙂 A po drugie w drużynie, z którą zmierzył się wtedy Rapid Wiedeń, występowało dwóch Polaków, a z jednym z nich udało nam się wtedy spotkać. Zatem na pewno nie będzie to typowa relacja z meczu i stadionu, ale bardziej taki sentymentalny wpis.
Rapid Wiedeń – Sturm Graz
Na mecz wybrałam się podczas mojego miesięcznego pobytu w Wiedniu, gdzie przyjechałam na wakacje na zaproszenie znajomych (Pani Renato i Panie Arku, Kasia, Daniel – jeszcze raz dziękuję). Jako, że Pan Arek to fan piłki nożnej, mający ze sobą naprawdę niezłą karierę piłkarską w latach 90-tych, obowiązkowo musieliśmy wybrać się na jakiś mecz. Padło na spotkanie Rapidu ze Sturmem. Dlatego w sobotę wieczorem udaliśmy się na Gerhard-Hanappi-Stadion.

Jeśli chodzi o sam obiekt to raczej nie zrobił na mnie większego wrażenia. Na szczęście kibice nie zawiedli i stworzyli niesamowitą atmosferę, dopingując swoją drużynę praktycznie przez cały mecz. Na spotkaniu było 16 900 osób, a biorąc pod uwagę całkowita pojemność stadionu czyli 18 442, frekwencja była naprawdę imponująca. Również pod względem sportowym mecz był dla nas atrakcyjny. Spotkanie stało się dla nas jeszcze ciekawsze z tego względu, że w drużynie Sturmu w podstawowym składzie wystąpiło dwóch Polaków: Grzegorz Szamotulski i Adam Ledwoń. Niestety drużyna naszych rodaków poniosła dość bolesną porażkę, a Szamo puścił 3 bramki już w pierwszych 19 minutach meczu. W dodatku ten gol z 19 minuty był dość widowiskowy, zobaczcie sami:
Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 4-1 (do przerwy było już 3:0).
Szamo i Ledek
Nie mam z tego spotkania żadnych zdjęć, oprócz jednego, ale niestadionowego. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia jakim cudem je zachowałam, bo to fotka zrobiona telefonem, 10 lat temu, a od tego czasu zmieniłam laptopa chyba z 4 razy. Dlatego tym bardziej się cieszę, że udało się ją zachować i mam do niej duży sentyment, tym bardziej, że Adama już z nami nie ma…

Z Adamem Ledwoniem zobaczyliśmy się zaraz po meczu. Ledek znał się z Panem Arkiem, bo grali razem w latach 90-tych w GKS-ie Katowice. Z gry można było wywnioskować, że to boiskowy twardziel, a po rozmowie z nim odnosiło się wrażenie, że to po prostu normalny gość, zachowujący się zupełnie inaczej niż nasi dzisiejsi „piłkarze”.
Szamo niestety do nas nie przyszedł, poszedł od razu prosto do autokaru klubowego, bo był po meczu nieźle wkurzony (choć to chyba zbyt delikatne określenie). Jakiś czas później miałam w swoim życiu chwilową zajawkę na zbieranie autografów, napisałam w tej sprawie do Szamo list i co mnie mile zaskoczyło – przysłał mi swoją kartę z klubu z dedykacją. Niech będzie, że tym małym gestem zrehabilitował się, za to, że nie miał po opisywanym meczu ochoty się z nami zobaczyć 🙂

Kto czytał biografię Szamotulskiego, ten poznał dzięki niej także mnóstwo anegdot związanych właśnie z Ledkiem. Dla tych, którzy nie czytali, polecam książkę i podsyłam jeden fragment:
Opowiadał mi kiedyś, jak wraz ze Sławkiem Wojciechowskim (…) podczas powrotu z imprezy zaszli do mieszkania trenera Piotra Piekarczyka. Władowali się w środku nocy. Adam skierował się do sypialni, dał własnemu szkoleniowcowi kopa w dupę i syknął:
– „Orzech” wstawaj!
„Orzech” wstał, jego żona zrobiła jajeczniczkę dla wszystkich, było miło i symaptycznie. Trenera zupełnie nie zdziwiła ta niezapowiedziana wizyta koło piątej nad ranem.
Wspomniany trener Piotr Piekarczyk, tak opowiadał o Adamie przed memiorałem w 2013 roku zorganizowanym na jego cześć:
I z tego co udało mi się wywnioskować z książki Szamo oraz wspomnień osób, które go znały, był to właśnie barwny, charakterny człowiek, ale w całym tym swoim wariactwie, miał swój urok i dało się go lubić.
Wyburzenie stadionu
Warto przytoczyć najpierw informację, że stadion Rapidu Wiedeń swoją nazwę zawdzięcza legendzie tego klubu, jaką był Gerhard Hanappi. Co ciekawe, oprócz tego, że występował w barwach wiedeńskiego klubu, był z wykształcenia architektem i sam stworzył projekt stadionu.

źródło: www.skrapid.at
Jak już wspominałam, władze klubowe zdecydowały się na wyburzenie starej areny i postawienie nowej. Dlaczego aż tak drastycznie? Początkowo brano pod uwagę jedynie modernizację istniejącego już stadionu, jednak z wyliczeń wyszło, że będzie ona dużo droższa niż budowa nowego obiektu od podstaw (aż o 40%). Co niezwykle ważne, stadion Rapidu jest w czołówce austriackich aren, które notują największe frekwencje, a dotychczasowa pojemność często ograniczała klub. W związku z tym, decyzja o powiększeniu pojemności stadionu była w przypadku Rapidu jak najbardziej zasadna.
Nowa era – Allianz Stadion
Na szczęście nowy obiekt będzie nawiązywał do tradycji klubu, bo zostanie odbudowany w tym samym miejscu, choć w nowej, większej formie. Stadion ma mieścić 28 tys. miejsc (24 tys. bez miejsc stojących) i ma być gotowy w drugiej połowie 2016 roku. Poniżej wizualizacja nowego stadionu:
W związku z tym, że nazwę obiektu sprzedano sponsorowi i pojawiły się protesty wielu kibiców dotyczące usunięcia z nazwy stadionu legendy klubu, postanowiono upamiętnić piłkarza, na którego część nazwano wcześniejszy obiekt, ale w odrobinę inny sposób. Mianowicie, zaplanowano zmianę adresu, przy którym usytuowany jest stadion na: Gerhard-Hanappi-Platz 1.
Co prawda ciężko jest mi dokładnie określić, jak kibice Rapidu odebrali wyburzenie ich stadionu i decyzję o postawieniu nowego. Z mojej pobieżnej analizy w internecie wynika, że większość z nich rozumie konieczność zmian, choćby dlatego, aby na stadion mogło wejść więcej osób. Myślę, że klub również bardzo dobrze podchodzi do tego tematu: wspomniany wcześniej kompromis co do uhonorowania legendy klubu, dbałość o odpowiednie pożegnanie starego obiektu (podczas ostatniego meczu na Gerhard-Hanappi-Stadion zjawił się komplet publiczności -wideo powyżej).
W takich sytuacjach, kiedy stadion jest burzony, jeszcze bardziej docenia się to, że mogło się na nim być, bo przecież już tej wizyty nie da się powtórzyć. Cieszę się, że przy okazji meczu mogłam poznać Adama Ledwonia, ale też zobaczyć tak kompromitujące bramki Szamotulskiego 😀 To naprawdę było coś, obejrzeć to na żywo! 🙂 A czy stadionu Rapidu już nie ma? Chwilowo tak, ale jestem przekonana, że na nowym obiekcie kibice nie zapomną o swoich tradycjach i dla nich to nadal będzie Gerhard-Hanappi-Stadion.
